Francis Galton wiecznie żywy

Trudno w to uwierzyć, ale wymyślona pod koniec XIX wieku eugenika wciąż ma swoich zwolenników. I wcale nie chodzi tu o wygolonych kolesiów w mundurach zamawiających piwo przy ognisku lecz o zwykłych obywateli, a nawet lekarzy.

Pojęcie eugeniki, czyli sztucznego doboru ludzi (hodowla!) pojawiło się już w starożytnej Sparcie, a nawet zostało opisane przez Platona. Wtedy chodziło o dobro państwa, by było silne swoimi obywatelami – zdrowymi i nie wymagającymi wsparcia. W XIX wieku powróciło jako element strachu przed przeludnieniem rozbudzonego przez Thomasa Malthusa i konieczności "zadbania o rasę".

To właśnie Francis Galton pod koniec XIX wieku ukuł nazwę "eugenika", która miała oznaczać "dobrze urodzony", czyli człowiek bez wad. Potem dopracował swoją teorię i wymyślił pojęcia "eugenika pozytywna" i "eugenika negatywna". Ta pierwsza to dobieranie rodziców do prokreacji pod kątem ich przydatności. Ta druga to zakaz rozmnażania dla tych gorszych. Obie są niebezpieczne, ale ta druga szczególnie, bo doprowadziła do praktycznego wdrożenia.

A praktyczne wdrożenie polegało na wprowadzeniu zakazów mieszanych małżeństw (dla czystości rasy), przymusowe sterylizacje i odbieranie dzieci. Kulminacja zjawiska miała miejsce w hitlerowskich Niemczech, choć wcale tam się nie zaczęła. Wcześniej realizowana była w USA, a potem jeszcze do lat sześćdziesiątych w Szwecji. W tej socjalnej Szwecji sterylizowano przymusowo osoby niepełnosprawne intelektualnie.

Ślady eugeniki znaleźć można nawet we wczesnych pracach Tadeusza Majewskiego, gdzie odradzał małżeństwa i płodzenie dzieci osobom niewidomym. Nie posunął się jednak do postulowania wprowadzenia zakazu, jak to miało miejsce w USA wobec osób głuchych. Te wszystkie pomysły były efektem instrumentalnego podejścia do nowych nauk: genetyki, antropologii, socjologii, demografii. Naukowcom zdawało się, że można rasę ludzką hodować jak bydło lub inną nierogaciznę. Ideologie te zostały oficjalnie zdyskredytowane i trafiły do wstydliwego lamusa historii nauki.

Jednak okazuje się, że wciąż żyją w ludzkich umysłach. Niekoniecznie tych odurzonych nazistowską demagogią, ale także tych zdroworozsądkowych. Członkowie naszego społeczeństwa mają w głowie utrwalony pogląd o niepełnosprawności jako ogromnym nieszczęściu, którego należy oszczędzić każdemu, komu się tylko da. Bo ludzie niepełnosprawni są niezaradni, wymagają opieki, finansowania ze środków publicznych, nieszczęśliwi i w ogóle kłopotliwi. Lepiej zatem, by ich było jak najmniej. A metoda jest prosta – należy ich zniechęcić do rozmnażania się.

Jednak pogląd, że z dwóch ślepców rodzi się ślepiec, jest najczęściej fałszywy. Równie fałszywy jak ten, że z dwóch zdrowych rodziców rodzi się zdrowe dziecko. Genetyka jest dużo bardziej skomplikowana. A nawet gdyby tak było, to i tak niczego nie zmienia. Choć to truizm i banał to trzeba go jeszcze raz powtórzyć – każdy ma równe prawo do życia, szczęścia, rozwoju i rozmnażania się. Nawet ślepiec, Murzyn, epileptyk, czy wróg ludu.

Przypomina się mi jeszcze anegdota, której autora i źródła nie pomnę, ale dobrze się komponuje. Otóż na zebraniu aktywu młodzieżowego w jednym z dużych miast polskich na początku lat pięćdziesiątych rozważano problem emerytów. Otóż wedle doktryny leninowskiej "kto nie pracuje, ten nie je", a emeryci przecież nie pracują. A więc stanowią problem dla społeczeństwa, który należy jakoś rozwiązać. Na to wstał ktoś ze "starszej młodzieży" i zaproponował rozwiązanie: należy zabić wszystkich emerytów, kiedy jeszcze są młodzi. I dyskusja się zakończyła. Może jednak w głowach wątpliwości pozostały.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: