Cicha wojna pod wieżą Babel

Wczoraj byłem na konferencji poświęconej edukacji osób niepełnosprawnych. Drugą jej część zdominowała dyskusja o języku migowym i osobach Głuchych. W takich sytuacjach zdaję sobie sprawę z tego, jak ważna jest komunikacja i jak jej brak może być ogromnym problemem.

Nie czuję się specjalistą, ale dla laików większych ode mnie nakreślę kilka zdań tła, a jeżeli popełnię przy tym jakieś rażące błędy – proszę o komentarze pod tekstem. Sprawa ma się pokrótce tak, że w Polsce jest polski język migowy (PJM) i jest  system językowo-migowy (SJM) – oba służące do komunikowania się z i pomiędzy osobami niesłyszącymi. Przy czym PJM jest językiem naturalnym, który nie ma żadnego związku z językiem polskim, a SJM jest oparty na języku polskim. SJM jest łatwiejszy do nauczenia się przez osoby słyszące, a PJM opanować jest bardzo trudno. Jednocześnie SJM jest skodyfikowany i sztywny (trochę jak Esperanto), a PJM jest językiem żywym, zmieniającym się i ewoluującym, a nawet mającym odmiany regionalne (RJM).

Akapit powyżej potrzebny jest do tego, by pokazać fenomen, jakim jest tożsamość kulturowa Głuchych oparta na PJM, który jest dla nich fundamentem wspólnoty. Stanowi źródło więzi w diasporze, jak język polski stanowi podstawę więzi dla Polaków mieszkających za granicą. Ma jednak bardzo poważną wadę – nie stanowi pomostu pomiędzy Głuchymi, a resztą społeczeństwa. Jest hermetyczny, trudny i nader ograniczony jeżeli chodzi o słownictwo specjalistyczne, a zatem stanowi poważną barierę w dostępie do informacji i edukacji.

Wady te dostrzeżono kilkadziesiąt lat temu i wymyślono SJM, jako panaceum na te ograniczenia. A ponieważ takie to były czasy – wprowadzono system odgórnie, przymusowo i nie przejmując się tym, co sądzą o tym Głusi. Dokładnie tak samo, jak przymusowo osiedlano Cyganów i zakładano spółdzielnie rolnicze. I przez dziesięciolecia wyrywano PJM ze środowiska Głuchych, którzy jednak nie poddawali się i kultywowali go w domach. Po upadku komunizmu przyszedł czas na odrodzenie się PJM, ale na przeszkodzie stał i nadal stoi system edukacji. Nauczyciele nie znają bowiem PJM i posługują się niemal wyłącznie SJM, a zatem nadal go uczą.

Trzeba też wspomnieć o jeszcze jednym elemencie, coraz bardziej istotnym w tym temacie, jakim jest technologia, a szczególnie implanty. Badania przesiewowe słuchu i coraz doskonalsze implanty słuchowe, a także aparaty wzmacniające, sprawiają że opisywany dyskurs staje się coraz bardziej bezprzedmiotowy. Głuche dzieci są implantowane i po kilkuletniej rehabilitacji mogą funkcjonować jak osoby słyszące lub przynajmniej słabosłyszące. A zatem nie potrzebują ani PJM, ani SJM. Te doskonałe wszak informacje są jednak bolesne dla zwolenników PJM (tzw. naturalistów), dla których oznacza to utratę pewnego zasobu populacyjnego posługującego się językiem migowym, przez co nie stają się częścią kultury Głuchych. Może się zatem zdarzyć, że za sto lat język migowy w ogóle zaniknie, bo będzie za mało jego użytkowników.

Mamy zatem dwie strony: naturalistów uważających że naturalnym językiem Głuchych jest język migowy i oralistów, uważających że ważne jest nauczenie się komunikowania z resztą społeczeństwa. Skrajni naturaliści chcą izolować się od “słyszaków” i kultywować język migowy jak relikwię. Skrajni oraliści nie uznają w ogóle potrzeby języka migowego, a czasem wręcz nie uznają jego istnienia. Pomiędzy tymi skrajnościami zaś rozpościera się całe spectrum poglądów mniej lub bardziej ortodoksyjnych. A jednak ta cicha wojna nie jest równa, bo naturaliści sami skazują się na brak wsparcia z zewnątrz izolując się od społeczeństwa. Mają swoje własne kanały komunikacji, a co gorsza – własne i hermetyczne sposoby komunikowania się. Po swojej stronie mają jednak determinację, która daje im siłę do walki o ich język, choć jest to walka cicha, której echa niezbyt często trafiają do powszechnej świadomości. Jednak naturaliści także dostali oręż do ręki, a mianowicie Konwencję NZ o prawach osób niepełnosprawnych oraz badania naukowe potwierdzające, że dwutorowe kształcenie głuchych dzieci (język migowy i mowa) daje lepsze wyniki, niż kształcenie jednotorowe.

Gdzie toczy się wojna, tam są i ofiary. Wydaje się, że tutaj ofiarami będą dzieci. Desperacka walka naturalistów o zachowanie języka migowego może ich skłaniać do izolowania dzieci w szkołach specjalnych, gdzie językiem nauki będzie PJM. Z kolei oraliści bez wahania będą wyrywać Głuche dzieci z kultury Głuchych, aby lepiej lub gorzej funkcjonowały w społeczeństwie. Ja sam nie umiem odnaleźć się w tym konflikcie, który jako żywo przypomina mi walkę o utrzymanie tożsamości narodowej Polaków pod zaborami, ale przecież Polska to nie zaborca, a Polacy to wszak nie wrogowie. I trzeba jakoś tu żyć i funkcjonować – nie w getcie i nie w izolacji od innych. Nie umiem ocenić kto ma rację i nawet nie posilę się na takie rozstrzygnięcie. Warto jednak pamiętać o tej cichej wojnie na wieży Babel.

Reklamy

9 Responses to Cicha wojna pod wieżą Babel

  1. bel says:

    Nie tak…
    SJM jest jezykiem równie trudnym do nauczenia się przez Głuchych, jak język polski (ma tę sąmą gramatykę) – to od znajomości języka polskiego zależy samodzielność Głuchych w edukacji i poza nią. Walka o PJM nie jest walką o getta, a walką o dwujęzyczność, której SJM nie daje, bo uczy się za jego pomocą wyłącznie polszczyzny i to skodowanej do kodu ograniczonego.
    Dwujęzyczność (glottodydaktyka) wskazuje, że nie można wychować nikogo dwujęzycznie, jeśli odbierze się mu język dla niego naturalny, łatwy do przyswojenia w okresach akwizycji językowej. Dlatego ta walka o PJM, aby Głusi mieli szansę stać się dwujęzyczni – kompetentni w swoim własnym języku i w języku polskim. SJM na to nie pozwala – to udowadnia edukacja od lat 80.
    W czym problem?
    To nie dzieci mają problem z nauczeniem się PJM, tylko nauczyciele – oni mają problem językowy, bo łatwiej im nauczyć się SJM – obstają przy tym, bo bez tego argumentu stają się nieprzygotowani do pracy, za którą biorą pieniądze. Przez dziesiątki lat.
    Wina jednak nie lezy po stronie nauczycieli – wielu jest oddanych, choć nieprzygotowanych do pracy z Głuchymi (nie znają PJM, nie znają metod nauczania polskiego jako języka drugiego) – za to winą obarczyć nalezy instytucje przygotowujące tych nauczycieli do zawodu – instytucje, w których wykładają ludzie równie niekompetentni w PJM, jak kształcone przez nich kadry.
    Ot.. tak w skrócie..

    Z poważaniem
    bel

  2. Wydaje się, że napisałem to wszystko… Faktycznie – z tekstu można odnieść wrażenie, że PJM jest trudny dla wszystkich, ale mi oczywiście chodziło o to, że jest trudny dla osób słyszących. Nadal jednak nie wiem, co z dziećmi… Czy w imie „szybszej edukacji” należy odebrać je rodzinie i umieścić w internatach szkół specjalnych?

    • bel says:

      PJM jest językiem obcym dla tych, którzy nauczyli się innego języka pierwszego/fonicznego. Tak samo obcy nam jest język angielski i wymaga to uczenia się – latami – by posiąść biegłość w jakimś języku. Pozór, jaki sprawia szybkie i przyjemne uczenie się SJM jest już nawet z językoznawczeog punktu widzenia fałszywy: nie da się nauczyć obcego języka na poziomie dającym uprawnienia do wykładania w tym języku w ciągu roku czy dwóch..
      Dla dzieci (w równym stopniu dla słyszących, jak i Głuchych) jest on łatwy do przyswojenia tylko dzięki temu, że jakko dzieci uczymy się języka na zasadach akwizycji (i mózgowych zdolności jezykowych w tym okresie).
      Dla dzieci Głuchych jest to jedyna droga do przyswojenia jakiegokolwiek języka – bo bez tego pierwszego języka nie da się nikogo nauczyć biegłego posługiwania się w jezyku drugim (dotyczy to każdego języka, nie tylko relacji język polski – polski jezyk migowy).
      Nie do końca chyba rozumiem ideę „szybszej edukacji” – nie gwarantuje jej ani eduakcja specjalna ani edukacja masowa. Różnica jest taka, że.. po kolei:
      – jeśli dziecko ma kompetencje językowe (umie mówić i słuchać) wystarczająco dobrze, by odbierać treści nauczania w szkole masowej – tam jest jego miejsce,
      – jeśli dziecko nie ma żadnych kompetencji jezykowych i to w żadnym języku – jego miejsce nie jest w żadnym typie szkoły, bo bez jezyka nie da się nikogo edukować –> proszę sprawdzić to, co twierdzę: 90% dzieci głuchych dostaje orzeczenia o „dojrzałości szkolnej” w wieku ok 7 lat bez znajomości jakiegokolwiek jezyka -są to dzieci bezjęzyczne albo na poziomie biegłości językowej survival – to nie daje im startu w żadną edukację, a tym bardziej realizowaną według obecnie obowiązującej (i dobrze) podstawy programowej.
      Problem więc jest w tym, że we wczesnej (przed szkolnej) interwencji dzieci są prowadzone wyłącznie oralnie (za pomocą jezyka mówiionego i to nawet nie jest ten ubożuchny SJM) – a ok 70 % z tych dzieci nie jest w stanie przyswoić języka fonicznego z powodu mniejszej czy większej wady słuchu (tudzież istotnych w tej skomplikowanej sytuacji zdolności jezykowych i ponadprzeciętnej inteligencji).
      Jeżeli zatem edukacja – jakakolwiek da dziecku dostęp do wiedzy za pomocą języka, który może naturalnie percypować (za pomocą wzroku) to taka edukacja będzie dla niego najszybsza – bo efektywna. Problem – obecnei żaden typ szkoły nie oferuje edukacji w PJM – to po pierwsze. A po drugie – nawet do szkoł, w ktorych powinni pracować przygotowani językowo (PJM) i glottodydaktycznie nauczyciele (nauczanie języka polskiego jako drugiego) przychodza dzieci zaniedbane językowo w okresach przed rozpoczęciem szkoły (90% z nich – pozostałe 10 % pochodzi z rodzin Głuchych i otrzymało język od swoich rodziców).
      Zatem nie ma, że szybko czy wolno –
      – w szkole masowej bez dostępu do języka fonicznego (polskiego za pomocą słuchu, którego nie mają ) nie otrzymają edukacj ani jezykai!
      – w szkole specjalnej też nie dostaną edukacji, jeżeli nie będą znały języka, który są w stanie po ludzku percypować – języka w modalności wizulano-przestrzennnej, języka migowego
      Dramat odbywa się prawdziwy, gdy w klasie są dzieci rodziców Głuchych – dzieci, które przychodza przygotowane do szkoły, z pełnymi kompetencjami komunikacyjnymi w ich języku pierwszym: nauczyciele sprowadzają te dzieci do kodu ograniczonego (SJM) i uczą metodami przystającymi do 90% dzieci w klasie: siedmioletnie dzieci uczą się pojedynczych wyrazów! Latami! To sprowadza je do poziomu upośledzonych.
      O jakim przyśpieszeniu jest zatem mowa???

      dr Justyna Kowal, surdopedagog (staż 20 lat), tłumacz, lektor PJM,
      dla Głuchych internautów – bel.

  3. Bartek says:

    jeśli mogę wtrącić swoje zdanie – odnośnie „odbierania dzieci rodzinie i umieszczania ich w szkołach specjalnych” – chciałbym tylko nadmienić, że zdarza się, że głuche dzieci tylko w internatach, w których wszyscy posługują się językiem migowym, mają szansę na nawiązanie relacji międzyludzkich, na zwykłą komunikację i coś więcej, niż tylko podaj-przynieś, czy GŁODNY-PIĆ. sytuacja głuchych dzieci jest często taka, że w otoczeniu słyszących albo nie nawiązują kontaktów społecznych w ogóle, albo są to kontakty zaburzone. ja na przykład jako osoba głucha wyrehabilitowana i nie mająca problemów z językiem polskim nie zintegrowałem się z żadną ze swoich klas w szkołach masowych, ani na studiach ze swoim rocznikiem. nastąpiło to tylko w fundacji rehabilitującej takie dzieci, oraz teraz – w środowisku osób głuchych, migających. z perspektywy czasu ogromnie żałuję, że mogłem się z nimi zintegrować dopiero teraz. nie demonizowałbym więc tych internatów – wielu głuchych, którzy się w nich wychowali, doceniało ich wartość jako podstawę do nawiązania relacji w środowisku i jako otoczenie stymulujące rozwój umiejętności społecznych.

    Pozdrawiam serdecznie – Bartek – ten młody przestraszony człowiek, który siedział ramię w ramię z Panem na komisji dot. ustawy PJM :)

    • Na początek – podziwiam zaangażowanie osób niesłyszących w walkę o język migowy. Z trudem mogę znaleść podobnie zaangażowane osoby niewidome. A Ciebie Bartku oczywiście pamiętam i pozdrawiam:)
      Druga rzecz – temat języka migowego jest dla mnie wciąż nowy i staram się wypowiadać na ten temat ostrożnie. Nie chcę nikogo urazić, bo i temat jest drażliwy i nader skomplikowany.
      Wreszcie – ja mam zupełnie inne wspomnienia z dzieciństwa. Spędziłem osiem lat w szkole specjalnej z internatem, więc nie nawiązałem kontaktów w moim środowisku lokalnym. Te, które pozostały mi z przedszkola przetrwały w niewielkim stopniu. Potem cztery lata liceum i próba włączenia się w nową społeczność i to nawet z sukcesem. A potem utrata wzroku i znowu zmiana otoczenia. Ile razy w życiu można budować nową siatkę społecznych kontaktów? Stąd moje wątpliwości co do zamykania Głuchych w internatach… Może jednak specyfika takiego postępowania wymaga…
      Na koniec – pewnie nie jestem odkrywczy, ale myślę że sporo Waszych problemów wynika właśnie z tego izolowania się w podgrupie. Swoje oczekiwania trzeba prezentować na szerszym forum, a nie tylko wewnątrz grupy.To jednak wymaga wyjścia na zewnątrz. A skoro Bartku wspomniałeś o posiedzeniu komisji, to wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że ani Ty, ani wcześniej obie panie z Krakowa nie nadążały, traciły wątek dyskusji. To musi być straszie deprymujące… Alem się rozpisał w tym komentarzu:)

      • Bartek says:

        Panie Jacku – co do zaangażowania osób niesłyszących w walkę o język migowy – jest to raczej dłuższy temat, nie wiem, czy się nadaje na wypowiedź tutaj, czy wolałby Pan e-mailowo powymieniać się uwagami :)
        Rozumiem Pańskie doświadczenia, myślę, że osoby niewidome mogą mieć podobny do Pana pogląd na tę sprawę. Pokazuje jednak to tylko, że nie należy nas wszystkich wrzucać do jednego wora, nieprawdaż? :) Wszyscy jesteśmy inni i nasze potrzeby są inne.
        Różnica między Pańską a sytuacją typowego Głuchego dziecka z internatu przejawia między innymi się w innym kanale komunikacji, w stosowaniu innego języka. Pan, jako posługujący się językiem polskim, nie ma problemu, żeby się porozumieć z Polakami (no, zdarzają się niechlubne wyjątki, ale z takimi to nikt się nie dogada ;) ) Głuchy migający taki problem ma. Nie nawiąże kontaktów w lokalnym środowisku, nawiąże je natomiast w internacie. Są to kontakty o zasięgu ogólnopolskim, gdyż do takich internatów przyjeżdżają dzieci z całej Polski. Są później one pielęgnowane i utrzymywane.

        Pisze Pan o tym, że izolujemy się w podgrupie i że powinniśmy nasze oczekiwania prezentować na szerszym forum. Otóż problem jest taki, że nikt nas nie chce słuchać. Gdy rozmawiałem z pewną panią od implantów o tej sprawie, stwierdziła, że zostałem zmanipulowany, skoro tak się wciągnąłem w język migowy i kulturę Głuchych. I cóż mogę rzec takiej osobie, skoro nie wierzy ona w ich wartość?

        Co do komisji – tak, to prawda – miałem problem, by uczestniczyć w dyskusji – ani nie nadążałem za Wami, ani tłumacz nie nadążał. I jak tu się włączyć w swoją sprawę..? Kto się lub przez kogo jest izolowany? To nie jest zarzut do nikogo – tylko delikatne zwrócenie uwagi, jak wiele rzeczy nieświadomie nam umyka – z czym Pan pewnie sam się spotykał wiele razy.

      • dei says:

        Rzeczywiście, jeżeli osoby g/Głuche lub słabosłyszące maja przemawiać na większych forach, to należy pamiętać, że proces przetwarzania informacji przebiega u nich inaczej. Na Komisji Sejmowej nie dość, że najpierw trzeba było zrozumieć/usłyszeć kto co mówi, to mieć przynajmniej moment żeby się zastanowić, a na to nie ma czasu, a obrady szły dalej. O zadaniu pytania czy wniesieniu poprawki nie było mowy! Na szczęście wtedy mieliśmy swojego reprezentanta :)
        Słyszącym się wydaje, że siedzimy cicho i nie chcemy się odzywać. A prawda jest całkiem inna. Ja bym się może odezwała na wspomnianej Komisji, która tu służy jako przykład, ale już pewnie nie na temat :)

        Problem jest też inny, kto ma kogo reprezentować? Kto g/Głuchych? A kto słabosłyszących? Skoro jedni są święcie i do szpiku kości przekonani do edukacji dwujęzycznej, a inni do oralizmu? Jak to pogodzić? Komu dać głos? Przedstawiciele strony rządowej wiedzą, że środowisko jest skłócone w tej kwestii, ale myślą, że kłócimy się o wpływy albo o ideologię. Zresztą Pan Pełnomocnik dobitnie o tym wspomniał w Sejmie przy drugim czytaniu ustawy. Tak nas postrzega rząd i posłowie.

        I w sporze oralizm – edukacja dwujęzyczna komu będzie łatwiej wygrać poprzez przedstawienie „sensowniejszych” (wg. większości) argumentów? W erze szeroko rozumianej i promowanej integracji w Polsce łatwiejsze do zrozumienia laikowi będzie pojęcie oralizmu. Bo to głuchy się dostosowywuje do słyszących. Ale czy to jest integracja? A kiedy ruch w druga stronę? Edukacja dwujęzyczna wydaje się co najmniej oszołomem dla niektórych. Kojarzy się własnie z wyrywaniem dzieci rodzinie i nauką ogłupiającego języka zamiast mowy. W dodatku w tym sporze o edukację dwujęzyczną mają najwięcej do powiedzenia Głusi, i to przede wszystkim w PJM. Pytanie jak mają to zrobić? Czy zostaną wysłuchani? Czy Polska jest na to gotowa? Czy my jestesmy na to gotowi?

  4. dei says:

    Bardzo dobra dyskusja tu się zaczęła :)
    Ja tylko skromnie dodam, że to wcale nie musi być jak to nazwał autor postu „cicha wojna”. Trzeba wreszcie dać głos głuchym, słabosłyszącym, którzy ukończyli różne szkoły te „z internatem” i te masowe. Oni mają naprawdę wiele do powiedzenia. Warto zasięgać opinii nie tylko pań z poradni, które nie mają często dużej wiedzy (edukacja (surdo)pedagogiczna jest wciąż niewystarczająca).Nic o nas bez nas czyli głusi mają głos.

  5. bel says:

    Zgadzam się z predmówcami –
    i w pełni popieram zdanie, że to od poradni zaczyna się problem Głuchych i od surdo-specjalistów nieprzygotowanych, niekompetentnych wskutek pobierania nauk u równie niekompetentnych surdo-ideologów na studiach – ludzi niemających pojęcia o deaf experience czy deafhood.
    Zdanie Bartka popieram szczególnie – w tej dramatycznej sytuacji dzieci bezjęzycznych, dla 90% z nich możliwość komunikowania się z rówieśnikami w intenacie stanowi jedyną okazję do komunikacji, rozwinięcia jakiegokoliwek języka. Dlatego dzieci nie lubią wakacji i wyjazdów do domu – tam są milczącymi dodatkami rodzin, żeby nie przywoływać tego celnego „rodzinnego psa”. Przetrzymywanie dzieci z dala od środowiska komunikacyjnego jest gettem – dom rodzinny bywa w tym kontekście gettem, jeśli nie mozna rozwinąć konstytutywnie ludzkich zdolności do przyswajania języka.
    Dei i BArtek znakomicie wiedzą jak prowadzić dyskusje bez ideologizowania – dali temu przykład w czasie włączneia się do prac nad Ustawą o języku migowym. To Głusi powinni mieć w tej sprawie głos. Nie panie z poradni, które na tym zarabiają…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: