Gdzie jestem na internetowej piramidzie potrzeb?

Bardzo dużo pisano ostatnio o ACTA, wolności w Internecie i protestach "internautów". Z przypiętą do kurtki plakietką "Nie dla ACTA" poszedłem na spotkanie do Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. A jednak jakoś mi nie po drodze z protestującymi, chociaż ich rozumiem i popieram… Myślałem dużo, dlaczego tak jest i wymyśliłem – jestem zupełnie gdzie indziej na piramidzie potrzeb, niż oni.

Koncepcję piramidy potrzeb opracował Abraham Maslow, a w uproszczeniu znaczy tyle, że człowiek zaspokaja najpierw potrzeby niższego rzędu, zanim zacznie się oglądać za tymi wyższymi. Kto jest głodny, zmarźnięty i niewyspany, ten nie szuka sensu życia i doznań estetycznych. Ta zasada – chociaż prosta – nie zawsze się sprawdza, bo na człowieka oddziałują wielorakie czynniki. Ot chociażby presja społeczna, poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania.

Co to ma do Internetu i ACTA? Wyszło mi, że owszem ma sporo. Tutaj też można wyróżnić potrzeby różnego poziomu: od najniższych (dostęp do sieci w ogóle) po najwyższe (wolność i prywatność). A ja jestem pomiędzy tymi dwoma skrajnymi miejscami. Do sieci mam dostęp i potrafię z informacji korzystać, ale ta informacja bywa bardzo często dla mnie niedostępna. Nawet w obszarze potrzeby afiliacji mam kłopot, bo Google Plus i podstawowa wersja Facebooka są dla mnie niedostępne. Na codzień zmagam się zatem z zupełnie innymi problemami, niż protestujący na Jasnej pod siedzibą Parlamentu Europejskiego. Jestem głodny informacji, więc nie w głowie mi prywatność i wolność.

Z kolei ci protestujący patrzą daleko w dal; na ową abstrakcyjną wolność i prywatność w sieci, więc nie zauważają tych, którzy są pod ich nogami. Może jak się potkną i zaryją mordą w piach, to zauważą, ale ja nogi podkładać im nie zamierzam. Po prostu tak już jest – nowe idee i rewolucje tworzone były przez sytych arystokratów lub przynajmniej zamożnych mieszczan. Bo oni po prostu mieli czas na rozważanie różnic klasowych, tworzenie podwalin pod rewolucje i ruchy anarchistyczne. Mieli czas, bo nie zużywali go w kopalniach lub fabrykach. Rewolucje są dziełem filozofów, a nie robotników. I podobnie jest w wypadku internetowej wiosny ludów.

Nie ma w tym nic złego, bo na myślenie, tworzenie podstaw filozoficznych i ideologicznych, trzeba mieć po prostu wolny czas. Ludzie z wolnym czasem i odpowiednim wykształceniem przemielą problem i postarają się przedstawić go ludowi w sposób przystępny. Lud to kupi lub nie, ale jak już kupi, to rewolucja jest gotowa. I w tym tkwi siła postępu, a przynajmniej motor zmian. Jednak przywódcy i lud mają zaspokojone podstawowe potrzeby, co ułatwia im zjednoczenie.

Rozumiem potrzebę wolności w Internecie i popieram to całym sercem. Muszę jednak w pierwszej kolejności zaspokoić moje potrzeby, o których rewolucjoniści w ogóle nie wiedzą, że można je mieć. Jak je zaspokoję, to też będę walczył o wolność i prywatność w Internecie. Na razie często jestem z niego wykluczony, więc co mi po wolności w kraju sąsiednim, do którego nie jestem wpuszczany? Cenię sobie wartość wolności i prywatności, za które ma kto walczyć. Ja powalczę o dostępność, bo tutaj rąk brakuje.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: